|
równia pochyła
poniedziałek, 29 czerwca 2009
Pustynia to jedyne, co pamiętam doskonale. Była moim
pierwszym marzeniem, mityczną krainą, nadprogramową enklawą. Ja zaś na początku
byłem słowem, byłem światłem, pojedynczym promieniem. Od początku byłem sam,
ponieważ byłem pierwszy. Byłem pełen nadziei, bo nie potrzebowałem niczego.
Każdy dzień był nową przygodą, a każde ziarnko piasku było odrębnym
wszechświatem, z którego mogłem czerpać nieskończoną ilość historii. Byłem
światłem, więc cały byłem zachwytem, który sięgał daleko poza pole mojego
widzenia. Zacząłem się zastanawiać, czy istnieje coś oprócz granicy horyzontu.
Wtedy pustynia stała się dla mnie więzieniem, a ja stałem się niecierpliwy.
Byłem bestią, dzikim zwierzęciem. Nocą, kiedy znikało światło i wszystko spało,
udawałem się do wodopoju, przemierzałem wszerz i wzdłuż pustynię po dobrze
znanych ścieżkach, pragnąc coraz więcej, coraz mocniej, bardziej. Przebywałem
często wśród takich jak ja. Za dnia leżałem bezczynnie. W końcu dałem się
schwytać, zamknąć w klatce i udomowić. Na chwilę zapomniałem, gdzie jestem.
Poza pustynią nie było niczego, oprócz niewyobrażalnej suszy, a piach był tylko
piachem. Z czasem stawałem się coraz bardziej zmęczony, aż w końcu przestałem
się oszukiwać, że na czymkolwiek mi jeszcze zależy. Stałem się cierniem. Wciąż
spragniony, pozostawałem jednak wielkim oszustwem, bo mimo, iż byłem żywy,
byłem chwastem. Dowiedziałem się później, że poza piekłem wschodów i zachodów słońca, stwarzania i pożegnań, niewykorzystanych szans i rozczarowań, istnieje to najgorsze – piekło pustki, czyli takie, w którym nie ma dobrze znanych ścieżek, nie ma żadnych, można tylko błąkać się po nim na oślep, nie mając jednak szansy się wydostać. Dowiedziałem się też, że gorszy zwariował, dlatego postanowił się zabić. |
Archiwum
|